|
Blog > Komentarze do wpisu
faithcomunicationNiektórych rzeczy wiem, że nie powinienem robić, ale kiedy już wpadną do mnie piątkowym wieczorem kumple z wódką, albo kiedy już zacząłem oglądać jakiś serial – okazuję się słaby. Wiele rzeczy robię z przyzwyczajenie, siłą rozpędu: np. oglądam Losta, który ssie. Nie wiem dlaczego, bo zawsze towarzyszy temu bezsilna wściekłość i irytacja: każda scena i każdy dialog jest tam obudowywany strasznie_cholera_klimatycznymi uderzeniami dźwięku. Tajemniczymi. Mistycznymi. Przerażającymi. Jak diabli, boga kocham. Jak w „Oficerze”, tyle, że w nim pozerklimat był zabawny, w Loście tylko irytuje. Po co się męczyć: choćby żeby później rozumieć aluzje w South Parku czy Family Guy’u, jeśli się jakieś pojawią. To by wystarczyło. Ale przecież istotna jest też funkcja poznawcza, wejście w cudze buty, spojrzenie z optyki wariata (Jack: Niezłe szaleństwo, co? – Kate: Która część? – Hurley, Sayid… razem… w tym samym samolocie. Skąd się tutaj wzięli? – Kupili bilety. – Nie sądzisz, że to coś oznacza? – like wow, bo np., nie wiem, że są kosmitami?). Zawsze warto jest przyjąć za własny punkt widzenia, kogoś kogo mamy za wariata. Na wszelki wypadek, bo może okaże się, że sami zechcemy być wariatem. Marksistą, albo libertarianinem – bo idee są piękne, a duch ochoczy. Lost ma tą wadę, że chodzi w nim tylko o popieprzającą od czasu do czasu (dosłownie) i z miejsca do miejsca wyspę. Nie mam pojęcia, jak można taki pomysł sprzedawać co dziesięć minut jako nową tajemnicę (tuduum! niesamowite!) przez kilkadziesiąt odcinków (tuduum! seriously). Tzn. być nieprzyzwoitym i sprzedawać, okay; ale kupować? Staram się zrozumieć i nie mogę. Co innego takie „Apparition”, gdzie wszystko jest ładnie skrojone, a widza nie bierze się za ciula (którym jest). Wiadomo, brytyjski serial. Zabawne tylko, że chodzi o księdza walczącego z fucking real demons, a głupi są ci, co w nie nie wierzą. Wszystko jest na tyle sprawnie nagrane i zagrane, że trudno znieść tępotę ateistów i agnostyków nie czających, że ksiądz/Martin Shaw ma zawsze rację i jest chyba bardziej faithfull/chytrzejszy niż sam Jezus i Loki trikster razem wzięci. Warto rzecz obejrzeć i wczuć się w bezgranicznie zawierzającego Bogu katolika. U Barta przeczytałem dziś o pewnym bardzo przykładnym, i w jakiś sposób nawet katoliku, Mirosławie Orzechowskim. Ten to sługa wierny Jana Kazimierza i Miriam de Dziewicy postawił przede mną kolejne niebanalne wyzwanie. Zrozumieć o co chodzi. Z perspektywy wariata. Bo niby: rozumiem, że wyspa, że raz tu, raz tam, w czasie i przestrzeni, kupili bilety, coś to przecież znaczy (tuduum!); rozumiem, że Martin Shaw i że demony; że ufok i że Roswell, bo Orliński na blogu nie raz i nie dwa. Ale że mamy monarchię niebiańską, a Miriam, królowa nasza i matka, łączy fuchę królewską z fuchą hetmańska i że była pod Wiedniem i dowodziła pod Grunwaldem, i że trzeba zbombardować Izrael… nie bardzo też rozumiem, czemu Miriam, choć była obok, nic nie zrobiła w Katyniu, ani nie pomogła Popiełuszce. Ale może akurat patrzyła w inną stronę. Jedyny respons, na jaki mogę się zdobyć to przypomnienie sobie, że mimo wszystko w niektórych szaleństwach jest metoda:
sobota, 21 lutego 2009, val_gaav
TrackBack
|
|