niedziela, 31 października 2010
Produkcja: Rosja Gatunek: Biograficzny, Dramat, Historyczny, Akcja Czas trwania: 100 min. Data premiery: 14.10.2010 (Rosja), 18.10.2010 (Świat) Reżyseria: Dmitri Korobkin Scenariusz: Marina Koshkina, Natalya Nazarova OPIS z jezyka angielskiego (Google Translator):
Na początku XI wieku w Rosji czy na Rusi. Rusi Kijowskiej składa się z księstw, które są regulowane przez synów księcia Włodzimierza Wielkiego w Kijowie. Princes z mężczyzn zbierać hołd wysyła ją do swojego ojca w Kijowie. W północno-wschodniej Rosji jest najbardziej odległych księstwa Kijów - Rostov. Książę Włodzimierz wysyła swego syna Jarosława do orzekania w Rostowie, gdy odwraca się 11 lat. Jaroslav rośnie pod opieką bojarów, www.torrentcity.pl którzy prowadzą księstwa, a on jest mały. Dorastając, Jaroslav przejmie władzę w swoje ręce, poszerzając księstwa, i przywiązuje nowych lądów. Ale to nie jest to łatwe zadanie. gangi bandytów zachować orzeczenia w lesie, wzdłuż dróg i rzek. Ich głównym zajęciem jest handel niewolnikami. Gangi sprzedają ludzi do Bułgarów i Chazarów, i wysłać niewolników do odsprzedaży w dolnym biegu Wołgi. Coraz częściej skład Jaroslav's…
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Nie chce mi się o tym pisać, ale fajnie śmiać się z tych wszystkich obrazków i czytać o wojnach krzyżowych.

Also this i to.
wtorek, 09 lutego 2010
Są w środowiskach pisarskich ludzie śmieszni, ale najśmieszniejsi są fantaści. Z KTL-a śmiałem się już kiedyś, teraz uciechy jest więcej. Równie egotyczni, błaznowaci i szczerze wierzący w swoje chore rojenia nie są chyba nawet politycy z far rightu. Naprawdę dziwię się, że Lewandowski nie doszedł jeszcze do wniosku, że to jaszczury z kosmosu decydują, kto dostaje Zajdla. Btw, przeczytałem ostatnio tą jego Notekę - dude, srsly? przecież to nawet nigdy nie było śmieszne.
piątek, 11 grudnia 2009
sobota, 19 września 2009
Film ma doskonałą narrację i jest pysznie poprowadzony, jako horror sprawdza się doskonale. Nie straszy efektami specjalnymi czy okrucieństwem, przeciwnie – zwodzi, że będzie straszyć, rozbudzając podskórny lęk. W tym właśnie tkwi największa siła „Antychrysta”, mamy w nim obietnicę i granie potencjałem, podskórnym strachem, który nie jest rozładowywany aż do napisów końcowych. Co jakiś czas pojawia się scena, która w odczuciu widza musi budzić grozę i faktycznie tak się dzieje, ale nie poprzez wyskoczenie z szafy gumowego potwora, a poprzez prozaiczne wyjaśnienia niepokojących sytuacji. Reżyser doskonale bawi się sformatowanym pod typowe horrory odbiorcą popkultury.
Kumulacje obaw i niepewności potęgują jeszcze sceny, nazwijmy je, paranormalne, okraszone zazwyczaj mistyczną z brzmienia muzyką i spowolnionym ukazywaniem obrazu. Wszystko sprawiają wrażenie metafory, wewnętrznych przeżyć bohaterów (tzn. na ile są prawdziwe?). Świat jest kościołem szatana, wiatr jego oddechem i nie ma boskiego porządku, jest lis oznajmiający apoteozę chaosu.
Przez cały niemal film nie wiadomo kto tu jest ofiarą, a kto utajonym potworem. Oglądamy małżeństwo próbujące poradzić sobie ze śmiercią synka. Wypadł przez okno, gdy uprawiali seks (doskonała pierwsza scena). Widzimy później umierającą z rozpaczy matkę i jej męża, terapeutę, który szuka odkupienia chcąc wyleczyć żonę. Co jakiś czas ukazywana jest odmienna perspektywa, żona wyrzuca mężowi zarozumiałość i nieczułość, on stara się jej pomóc za wszelką cenę, bardzo się przy tym poświęcając i za nic nie można zgadnąć czy któreś z nich nie okaże się psychopatą łaknącym krwi. Z czasem zagubienie tylko potęguje się by w końcowych scenach skonfundować całkowicie.
Film stawia pytanie o naturę zła. Jedną z odpowiedzi jest przyrodzone kobiecie zło. Kobieta jest zła, bo posiada seksualność, jest zła, bo nie jest mężczyzną, jest zła, bo jest kobietą, jest zła, bo jest diabłem. Jest zła, bo się od niej tego wymaga, bo determinuje to patriarchalne społeczeństwo, chrześcijańskie fobie. Gnoza mode on.
Zły okazuje się jednak również mężczyzną nie mogący uciec zwodniczości zła, muszący mu ulec, uprawiać wynaturzoną miłość pośród trupów, podczas holokaustu żołędzi. On również jest diabłem, jego dopełnieniem.
To nasza natura jest zła, nasze instynkty i pragnienia. Paradoksalnie, to właśnie religia jest katalizatorem niegodziwości. Z całą nienawiścią do popędu seksualnego i wstrętem do cielesności, do tego, co ziemskie. Wszelkie tabu i zakazy stają się pokusą, gdy człowiekiem zaczyna rządzić dewiacja seksualna. A zaczyna, bo postawiono zakazy. Główna bohaterka ulega nawet ciekawemu syndromowi sztokholmskiemu.
Z tej perspektywy religia jest tworem diabła, podobnie jak cały świat. To antychryst jest jego panem, nadistotą siedzącą nam z tyłu głowy, wdrukowaną w naszą naturę i w porządek rzeczy. Mają rację chrześcijanie dosłownie wierzący w szatana, który może zawładnąć naszymi działaniami, jedynym ich błędem jest antropomorfizacja Złego, który posiada naturę bliższą programowi komputerowemu, którego nośnikiem są ludzie.
Podobnie nikt chyba nie wierzy w dosłowne istnienie memów, wszyscy używają ich jako wygodnej metafory, ale to jest właśnie ich siła, że nie istniejąc – istnieją. Każdy internauta to potwierdzi. Wszelkie tego typu archetypy i zbiorowe wyobrażenia, wewnętrzne, człowiecze zło rządzą naszym życiem.
Ostatecznym zwycięstwem Złego (diabeł to tylko metafora, jedna z licznych inkarnacji w jednej z kultur) staje się obrona przed atakiem, ucieczka w instynkt, w naturę właśnie, która jest przecież źródłem Zła1. Nieostrożny widz mógłby się ucieszyć, że zło zostaje pokonane i spalone, ale przecież to jest jego największy triumf, sprowokowanie ofiary do stania się katem. Ostatnia scena filmu jest przypomnieniem o niemożności ucieczki, natura zawsze nas dopadnie. Grając zgodnie z jej zasadami dostajemy się pod formę nieprzyjaciela, w koronę wrogiego kratistosa. Plując mu w twarz stajemy się nim.
Zwrócić jeszcze należy uwagę na brak Boga w całej tej historii. Najwyraźniej według reżysera żaden anielski potencjał w człowieku nie istnieje, a przynajmniej nie wtedy, gdy pojawi się trzech żebraków. Bo kiedy oni pojawiają się w ludzkim życiu – ktoś musi umrzeć. ________________________
sobota, 22 sierpnia 2009
środa, 19 sierpnia 2009
...kurwa! Musiałem się podzielić.
sobota, 25 lipca 2009
Z czym się kojarzy horror, co jest jego najważniejszym elementem, po którym od razu poznamy: oto on? Noël Carroll stwierdził, że nie ma horroru bez strachu i obrzydzenia (będzie zatem horrorem „Las Vegas Parano”), co jest oczywistą bzdurą, z którą rozprawił się już Łukasz Orbitowski w „Czasie Fantastyki” (2/2007). O wiele rozsądniej spojrzał na sprawę Jacek Dukaj w niegdysiejszej „Teologii horroru”. Najważniejszy jest element nadprzyrodzony w z pozoru normalnym świecie. Notabene, tak właśnie definiuje gatunek choćby wikipedia. Wzbudzanie czy to strachu czy wstrętu zdaje się być rzeczą drugorzędną, nie zawsze konieczną. W „Teologii” Dukaj zwracał uwagę na eklektyczny obraz sił nadprzyrodzonych, stawiający na równi najróżniejsze wierzenia: i wampir i szatan i Ozyrys są równie prawdziwi; i chrześcijaństwo i buddyzm i voodoo. Osobiście nie dostrzegam w tym tak strasznej sprzeczności, zgrzytu, który drażnił Jacka. Przeciwnie, mam to za bogactwo gatunku niosące ze sobą liczne możliwości. O wiele gorzej, gdy prozaicy (ale też filmowcy) sięgają do eklektycznego „worka strachu” zupełnie bezmyślnie (po prawdzie właśnie to najbardziej Dukaja irytowało); używają ogranych schematów i gadżetów bez żadnego zastanowienia, celem samym w sobie jest straszenie lub obrzydzanie, podczas, gdy nie to stanowi o istocie horroru. Wspomniane „rekwiem dla kontrkultury” straszy wielokroć mocniej niż wszystkie „Kręgi” i „Klątwy”, ponieważ jest do bólu prawdziwe, a Depp nie ma tam włosów. Doskonałym przykładem przemyślanego ontologicznie horroru jest filmowa perełka, „Reise of Leslie Vernon”, która czerpiąc z tradycji slasherów, przekuwa istotę filmów o zarzynanych nastolatkach w nową legendę, tworzy topos super mordercy. Oglądanie od kuchni wszystkich przygotowań psychopaty do finałowej rzezi jest bardzo postmodernistyczne i zabawne, ale też tworzy nową jakość, nadaje postępowaniom Vernona sens o tyle o ile uwierzymy w sensowność kultywowania tradycji straszliwego zabójcy. Nie ma tu już zabijania dla przyjemności (powiedzmy) ani zemsty zza grobu (przynajmniej dosłownie), wszystko okazuje się wyreżyserowane i obliczone na zdobycie sławy w środowisku podobnych szaleńców. Jednocześnie zmagania Lesliego i jego ofiar, wedle interpretacji tego pierwszego, mają wymiar głęboko symboliczny, są nawet podbudowane Freudowską quasi-psychoanalizą. Vernona zrodziła horror-filmowa tradycja masakrowania nastolatków w piątki trzynastego i wierzy on w konieczność jej kultywowania tak bardzo, że gotów będzie, zgodnie ze wzorcem, umrzeć według jej zasad. Co oczywiście będzie musiał przeżyć by powrócić w części drugiej swych przygód z nożem i tasakiem. Zupełnie inaczej na tym tle wypada polski horror, który nie tyle nawet nie może bawić się sam sobą, co tak naprawdę nie istnieje. Więcej – nie istnieją nawet kalki obcych kulturowo filmów grozy w rodzimym wydaniu. Istnieje za to „Hiena”, która ciekawym polskim horrorem, z ducha nawet trochę Burtonowskim, ale co z tego skoro tylko w jednej czwartej, w jednej piątej? Co z tego, że Szyc naprawdę dobrze odnalazł się w roli tajemniczego mężczyzny i miałby szansę stworzyć niepoślednią kreację skoro nie pozwala na to scenariusz? Większość filmu jest tradycyjnie rodzima i rozbija się o polski dupoartyzm, jakieś głupie skróty myślowe czy zachowawcze, prowadzące do nieprawdopodobieństwa psychologicznego bohaterów. Tragedia górniczej rodziny nijak (choć reżyser zapewne uważa inaczej) nie współgra z elementem fantastycznym, zamiast się z nim dopełniać i wzajem pogłębiać, wynikać z siebie nawzajem, rozbija film i zatrzymuje go wpół drogi do – w zasadzie nie wiadomo czego. Czy to ćwierć-groza czy pół-przypowieść czy bezsensowny misz-masz? Zdaje się, że u nas to już zawsze ludzie będą najgorszymi potworami (a nie np. elfy-Apacze) i sami sobie będą gotowali ten los – wszak oni wszyscy są kurwy i złodzieje. Że nie można sprawnie rzemieślniczego filmu nakręcić dla szerszej publiczności, tak jakby ona tego chciała – takie rzeczy to chyba tylko w Polsce. Bo to nie jest kraj dla zwykłych ludzi. (Jedna jedyna „Wojna polsko-ruska” potwierdza tylko regułę). Sprawa przedstawia się jednak inaczej, gdy spojrzeć na rodzimą literaturę fantastyczną, słynącą ze szczególnego kultu rzemieślnika. Obecnie horror przeżywał swój literacki renesans. Głównie za sprawą wydawnictwa Red Horse, ale też Runy z jej dwutomową antologią. Ostatnio horror zdobył nawet Zajdla za sprawą Szostaka, któremu zarzuca się poruszanie po granicy (albo i poza nią) gatunku. A przecież nastrojowe teksty Wita to doskonałe horrory ontologiczne z wyraźną filozofią opowieści. Zupełne przeciwieństwo gumowego potwora, bryzgania krwią i starożytnych rytuałów. Te ostatnie zaś są, jak na złość, niemal wszystkim, co prezentują Księgi strachu (z kilkoma wyjątkami) czy konkursowe antologie Red Horse’a. Nie wiem jak na tym tle wypadają najmłodsi twórcy ze stajni czerwonego konia, co to nimi ostatnio bogato obrodziło. Twórców świadomych i ambitnych jest niewielu. Szostak łączy wrażliwość ze spirytualizmem i emocje z fantastyką. Nie ma w tym miejsca na strach i obrzydzenie, jest na zadumę i nostalgię. Można twierdzić, że nie są to horrory, na pewno nie w stanie czystym, ale tak właśnie pojedynczy twórca rozszerza i ubogaca gatunek. Wcześniej robili to już Grzędowicz i Orbitowski. „Księga jesiennych demonów” była wiernym obrazem niepokojów i lęków współczesnych ludzi, także ich marzeń. Ekstrapolacja fantazji do poziomu realności, przy jednoczesnym zachowaniu psychologicznego prawdopodobieństwa dała doskonały obraz nas wszystkich. Również u Orbitowskiego Polska nie jest tylko wymienną scenografią, w którą wrzucane są ograne schematy. Jego proza traktuje, a przynajmniej traktowała zazwyczaj o menelach i wykolejeńcach życiowych. Im późniejsza i dojrzalsza tym mniej w niej zapożyczeń z mitologii grozy, a więcej rozwinięć rzeczywistości, tego co widzimy wokoło i co może naprawdę przestraszyć, zobrzydzić. Mam więc strach i wstręt za pochodne dobrego horroru, stojącego w opozycji do bezmyślnych klisz gatunkowych, strasznych jedynie, gdy ocenianych czy dobre jakościowo. Daleki przy tym jestem od wartościowania: tradycyjny horror, horror Noëla nie jest gorszy od grozy ukorzenionej we współczesnej rzeczywistości, w dniu dzisiejszym i tym, co za oknem. Na pewno jednak jest mniej interesujący, trudniej w jego obrębie stworzyć dzieło wysokoartystyczne, a taki może być horror ontologiczny, podbudowany psychologią i socjologią, nie nastawiony wyłącznie na atawistyczne odruchy odbiorcy. Horror ewoluuje w stronę tego, jak wykorzystują go Grzędowicz, Orbitowski czy Szostak; szlachetnieje. Należy tu też oddać sprawiedliwość wspomnianemu Red Horse’owi. Do niedawna, de facto, nie istniał polski horror, byli tylko pojedynczy autorzy tworzący w jego konwencji. Teraz zaś, za sprawą lubelskiego wydawnictwa, zaczyna się to zmieniać. Nawet w „Trupojadzie” i „Pokoju do wynajęcia” znalazł się doskonały naśladowca Kingowskiej maniery narracyjnej: Paweł Paliński. Tam też dał się poznać szerszej publiczności Jakub Małecki, który stał się w niedługim czasie chyba najpłodniejszym rodzimym autorem grozy. Jest to człowiek o tyle ciekawy, że zdaje się być owładnięty pracą w bankowości. Tak jak u Shyalamana spodziewać się możemy twistu i trudnych relacji rodzinnych tak u Małeckiego nie może zabraknąć udzielania kredytów i emanacji sił nadprzyrodzonych w Poznaniu. Sytuacja podwójnie korzystna: pisarz wyładowuje zawodowe frustracje w prozie i nikogo przy tym nie zabija, jak zdarza mu się to opisać, czytelnik zaś cieszy się szczerym i emocjonalnym opisem. Ma przy tym Małecki lekki styl, dość poprawny i pozbawiony manieryzmów by przeczytać każdą jego książkę w jedno popołudnie. Najgorzej wychodzą mu finały, niemal zawsze przesadza w nich z teatralnością niesamowitości, popada w schematy i przeszarżowuje. Jest to jednak osobna kwestia, chciałbym raczej zwrócić uwagę na coś innego. Przyjrzyjmy się dwóm ostatnim utworom Kuby: „Oku” z „Nowej Fantastyki” (9/2008) i „Przemytnikowi cudu”, który ukaże się niebawem. [niniejszy tekst jest dość starawy i nie powinienem go nigdzie publikować, ale wyjątkowo się nudzę – val_gaav] Do opowiadania najbardziej chyba pasuje określenie „gore”, jest to horror Noëla, akcja nie jest umotywowana sytuacją/decyzjami bohatera. Sfrustrowany może być każdy, na każdego może spojrzeć oko, każdego opętać – tylko co z tego? dlaczego? po co? Tekst, eufemicznie mówiąc, nie wzbudza zachwytu, nie bardzo wiadomo czemu dzieje się, co się dzieje. Z kolei powieść to coś innego. Podobnie jak wcześniejsze „Błędy” jest przesycona chrześcijańskimi przekonaniami autora na tematy egzystencjonalne: nie doceniamy tego co mamy, gonimy nie wiadomo za czym, szczęśliwsi już są bezdomni i szaleni eremici, nam trzeba rzezi w centrum Poznania żebyśmy się zastanowili nad własnym postępowaniem. Cała warstwa ontologiczna jest tu zbudowana na tym właśnie przekonaniu. Za niektóre grzechy można zostać przeklętym na wieki, a wyzwolenie przyjdzie tylko z miłością. Chrześcijańską, dodajmy. Masakra i ucinanie stóp mają skłonić do zadumy. Toteż można dumać nad, na przykład, zakończeniem, z którego wynika, że schwarccharakter ostatecznie zwycięży, ponieważ za kilkanaście lat nie będzie już miał go kto powstrzymać przed wprowadzeniem w życie złowieszczego planu. Nie ma bowiem u Małeckiego boskich ingerencji, są tylko klątwy (dające przeklętym, nie wiedzieć czemu, nadludzkie zdolności). Wewnętrzną spójność zakłócają również duchy, które powinna, zgodnie z nauką kościoła, spotkać jedna z rzeczy ostatecznych: piekło, niebo albo czyściec, w żadnym razie uwięzienie w bankowym skarbcu. Można oczywiście stwierdzić, że się niepotrzebnie czepiam. Jakub sygnalizuje przecież, że Wolandowego Bogdana powstrzymać mogą miłość i opamiętanie. Ale kto w to uwierzy, skoro dobrzy i ci którym udaje się zrozumieć (w powieści wszyscy starają się właśnie zrozumieć) odchodzą z tego świata. Kto więc go uratuje? Wizja Małeckiego jest ponura i pesymistyczna, momentami bywa u niego strasznie, częściej obrzydliwie. Nie ma tu przy okazji bezmyślnej kalki wcześniejszych utworów, strachu dla strachu. Jest za to odautorskie przesłanie i filozofia utworu, choćby naiwna i irytująca dla osób odmiennych światopoglądowo. Lepiej tak niż piłą i gumowym potworem. Mamy więc Kubę jako przykład systematycznego rozwoju gatunku; horror Noëla ciągle rośnie w siłę, ale też groza ontologiczna zyskuje nowych twórców. Więcej można już sobie tylko życzyć by przynajmniej raz na jakiś czas Orbitowski i Grzędowicz nie chcieli/musieli sami tworzyć akcyjnych pseudohorrorów, ale by można jeszcze było jesienią tracić ciepło przy demonach.
czwartek, 04 czerwca 2009
Jak to możliwe w ogóle, że w Polsce taki film, i ten Szyc, no i efekty były, i fajne, i sceny walk, no rany. Najzajebistszy film ostatnich tygodni (miesięcy?). A myślałem, że wszystko spieprzą.
|
|